Data dodania: 30 Stycznia 2015

Zakończyliśmy szczęśliwie okres kolędowych koncertów. Dla nas wszystkich był to szczególny i wyjątkowy czas, wypełniony wspólnym przeżywaniem okresu radości i wspaniałych spotkań z Wami, za co DZIĘKUJEMY :)

Czas już zabrać się do szyszakowych piosenek - a jest co robić.  Trwają końcowe prace nad naszą czwartą płytą i mamy nadzieję, że ukaże się ona wczesną wiosną. Rozpoczynamy jednocześnie prace nad kolejną płytą, ale co na niej się znajdzie niech pozostanie na razie naszą słodką tajemnicą.  :) 

Przygotowujemy także nowy repertuar na wiosenno-letni sezon koncertowy i już serdecznie zapraszamy na nasze koncerty.
Do zobaczenia - trzymajcie się cieplutko ;)

Data dodania: 08 Października 2014

Kochani Nasi Drodzy Mili Odwiedzający :)

Od ostatniego wpisu minęło kilka ładnych miesięcy. Nawet nie wiemy kiedy to się stało, ale zanim się obejrzeliśmy, dotrwaliśmy do października tegoż roku. Wraz z odlotem bocianów i przyrody skłaniającej się ku jesieni, postanowiliśmy pokolorować świat zanim zrobi to ta piękna Złota Pani. Na tenże czas mamy kilka niespodzianek. Jedną z nich jest KONKURS, do którego pragniemy Was serdecznie zaprosić, a mianowicie: Konkurs na logo naszego zespołu. Zachęcamy do zapoznania się z regulaminem i wzięcia udziału w tym przedsięwzięciu, które mamy nadzieję, okaże się świetną zabawą, a zwycięzcy pozwoli cieszyć się nagrodą, której przecież jak to w konkursach, nie zabraknie! Gorąco zapraszamy :)

REGULAMIN

Konkursu na logo Karkonoskiego Zespołu Folkowego „SZYSZAK”

1. Konkurs dotyczy opracowania graficznego wizerunku logo Zespołu „Szyszak”
2. Termin konkursu 6-23.10.2014
3. Do konkursu zapraszamy dzieci do poziomu gimnazjalnego włącznie
4. Prace należy składać do biura PTTK Sudety Zachodnie Oddział w Jeleniej Górze, ul. 1 Maja 86 lub przesyłać na adres           maciejgaleski@gmail.com
5. Konieczne elementy loga:
-    w logo powinna być zawarta nazwa zespołu: Szyszak
-    powinny być zawarte elementy nawiązujące do Karkonoszy
6. Wymagania techniczne:
-    wersje papierowe muszą być złożone w formacie A-3
-    wersje elektroniczne na płycie CD lub w formie przesłanego pliku
-    praca musi być podpisana z podaniem aktualnego wieku
-    do pracy należy dołączyć adres kontaktowy (mail, telefon)
7. Laureatem konkursu jest tylko jedna praca. Nie wyklucza się możliwości wyróżnień. Dla laureata przewidziana jest nagroda rzeczowa w wysokości do 500 zł
8. Uczestnicy konkursu składając prace zgadzają się na przeniesienie pełni praw własności na zespół Szyszak z uwzględnieniem praw autorskich (wykorzystanie ze wskazaniem autora)
9. Ogłoszenie wyników konkursu planowane jest na 8.11.2014 
10. Zespół Szyszak powoła wewnętrzną komisję, która wyłoni laureata. Zespół zastrzega sobie możliwość nie rozstrzygnięcia konkursu. Od decyzji komisji nie ma odwołań
11. Po zakończeniu konkursu prace złożone w wersji papierowej będą dostępne do zwrotu, z wyjątkiem pracy laureata
12. Pytania można zadawać poprzez mail: maciejgaleski@gmail.com

Data dodania: 13 Stycznia 2014

No news, good news.

To nic, że dawno tu nie było żadnych artykułów. Brak wieści to dobre wieści, jak mawiają współcześni. Zeszły rok wyraźnie mocniej obfitował w wydarzenia, koncerty i próby. Nie nawiedziły nas żadne kataklizmy, wszyscy żyjemy, spotykając się często razem. Wiadomo, jesteśmy swoimi ludźmi z karkonoskiej piaskownicy, więc czasem łopatki szły w ruch, waląc na oślep po głowach, ale zawsze do przodu.


Piękno gór nadal jest dla nas oczywiste, więc oprócz Zachełmia, zagraliśmy również na wysokości 1400 m npm w Domu Śląskim oraz w Karpaczu, przy Kaplicy św. Anny, w Borowicach, na Chojniku. O mało co nie wylądowalibyśmy na Śnieżce i w Strzesze Akademickiej lecz tylko z przyczyn technicznych się to nie udało.


Najważniejszym wydarzeniem był nasz koncert na rodzimym festiwalu "Gitarą i..." W tym roku wystąpiliśmy w sobotniej jego części, supportując ziomali z "W Tym Sęk". Była okazja też wysłuchać znakomitego Soykę interpretującego Niemena i Bukartyka z zespołem, z którym poznaliśmy się w 2012 roku na Pasterskich Aniołach. Może dlatego dało się wykonać wspólne zdjęcie z obydwiema gwiazdami na raz.


Był to już 25- ty festiwal, z którym jesteśmy bardzo związani, ponieważ od samego początku tam bywaliśmy i pewnie nie wyobrażaliśmy sobie, że kiedyś też będziemy jego uczestnikami.


Niesamowitym przeżyciem stał się też występ przy Kaplicy św. Anny. Tym razem też supportowaliśmy Radka "Głowę" Przybylskiego z zespołem Kumple.


Znakomita sceneria, zachodzące słońce i magia miejsca trwale wryły się w nasżą pamięć, coraz bardziej wypełnioną takimi lokalizacjami.

Najwyższa wysokość na Dolnym Śląsku, na której przyszło nam zagrać to 1400 m npm. Już tylko bluesmani grali wyżej, bo na Śnieżce. Ale zdobedziemy ją na pewno w tym roku. Dzień św. Wawrzyńca zawsze jest bardzo napompowany poprzez udział vipów. Byli tu nie raz prezydenci Czech, Polski, a tym razem przywódcy województwa, dekanatu oraz politycy. Na pocieszenie sfotografowali się z nami łaskawie w drodze powrotnej z upragnionej przez nas Śnieżki. I tak wspinamy się w tym dniu coraz wyżej: w 2012 w Strzesze Akademickiej, w 2013 w Domu Śląskim, a  w 2014 na Śnieżce.

Na Zamku Chojnik też występujemy co roku. Zawsze wydarzenie to łączy się z przygodami, nie zawsze szczęśliwymi. W czasie podchodzenia na wzgórze, przyszło nam przeczekać transport ciężko rannego, czeskiego rycerza z Turnieju. Potem już było zgodnie z planem, wyładunek i załadunek sprzętu na jeepa, koncert i wspólne zejście malowniczym szlakiem do Podzamcza.

Po koncercie na rzecz wydania monografii Dworu Czarne przez Jacka Jakubca, polały nam się pomyje na głowy, ale też i miłe wrażenia ze spotkania z Jackiem w tymże Dworze przy kawałku szarlotki i lampce wina. Jakubce zaprezentowały nam o co walczą, pokazując kroniki Dworu oraz swoją autentyczną serdeczność.

Do ważnych dokonań zeszłorocznych należałoby zaliczyć zrealizowane nagranie, wydanie singla i teledysku "Gitarą i..." oraz nagranie i niezrealizowanie drugiego LP Szyszaka w Babie Jadze przy Agro- Tour-Farm w Zachełmiu. A dlaczego tak się stało, to może następnym razem.


Po raz pierwszy też karkonoskie songi zabrzmiały za granicą, w stolicy Środkowej Europy, w Pradze, chociaż na polskim terytorium ambasady. Tak bardzo byliśmy tym przejęci, że zapomnieliśmy walizki z całym okablowaniem, co wyszło na jaw tuż po rozstawieniu całego sprzętu.
Była to bankietowa sala, z pięknymi, wysokimi sklepieniami, ciekawie zdobiona sztukaterią, z ogromnymi, niemal antycznymi oknami.


Sekretarz ambasady z zainteresowaniem, też przejęty, obserwował nasze ruchy i poprosił o puszczenie przez lokalne nagłośnienie hymnów: czeskiego i polskiego na rozpoczęcie imprezy. Okazało się, że mają na wyposażeniu też mały mikser i 3 kable mikrofonowe. Łatwo zrozumiał prośbę o możliwość skorzystania z miejscowego nagłośnienia z uwagi na specyficzną akustykę sali i zagraliśmy bardzo cicho, śpiewając po dwóch do jednego mikrofonu. I całe szczęście, bo przy użyciu naszego sprzętu nie wyszedłby ten koncert zbyt czytelnie. Zawsze jest więc wyjście z najtrudniejszej sytuacji i czasem wychodzi się lepiej niż zwykle.
W czasie afterparty znalazła się okazja by podżemować i Maciek z pięknego, unikatowego fortepianu wyciągnął chusteczkę higieniczną, która prawie na pewno należała do Krzysztofa Pendereckiego, grającego na nim parę dni przed nami. Jest ona do wylicytowania u naszego pianisty, z ceną wywoławczą 2,8 zł (1 piwo).


Nie, to nie było pragnienie sprawdzenia się, zdobycia nagrody lub zaistnienia, na głównym festiwalu piosenki turystycznej Dolnego Śląska jakim jest Wrocławski Przegląd Piosenki Studenckiej. Chcieliśmy tylko dowiedzieć się, dlaczego wszystkie polskie konkursy wygrywają ciagle ci sami wykonawcy i potem koncertują w tym samym składzie we wszystkich najważniejszych, zbiorowych imprezach turystyczno- muzycznych w całej Polsce. Ustawieni z początku przesłuchań, przy 7- osobowej widowni i 3- osobowym jury, reprezentującym interesy czołowych fundacji i głównych uczestników tego nurtu, zagraliśmy najlepszy w życiu popis, też dzięki fenomenalnej firmie nagłośnieniowej.
Nie dorównaliśmy jednak poziomem do wielu uczestników... poza laureatami, czyli naprędce sformowanymi zespołami na okoliczność festiwalu, które i tak nie mają szans na dołączenie do najlepszych, reprezentowanych przez czcigodne jury :) Takiego właśnie doświadczenia się spodziewaliśmy od początku, ale będziemy to jeszcze sprawdzać.


Oprócz tych szczególnych wydarzeń, do programu naszych cyklicznych wystąpień dołączyła sympatyczna, włoska restauracyjka Oro Cavallo w Karpaczu oraz Muzeum Przyrodnicze w Cieplicach Zdrój, w którym można nas spotkać co 3 tygodnie.
Wchodzimy w jeszcze lepszy i szczęśliwy rok 2014 z koncertami kolędowymi. Takiego roku życzymy wszystkim miłośnikom piosenki karkonoskiej i będziemy się widzieć jeszcze częściej na koncertach.

Witek

Data dodania: 20 Maja 2013

Nie ma lekko.

Nie, nie będzie narzekania, wręcz przeciwnie, pozytywne pomarudzenie. Jesteśmy bardzo związani z górami nie tylko przez zamieszkiwanie pośród nich, też przez to, co z tego wynika, czyli pod górkę do szkoły, pod górkę koszenie i odśnieżanie, wygórowane rachunki za ogrzewanie, wodę i inne usługi. Więcej spalamy paliwa jeżdżąc na próby pod górkę, obtłukujemy i psujemy samochody na wąskich, górskich dróżkach, które coraz częściej są wyposażone w zakazy wszystkiego co przyjdzie do głowy: ruchu, wjazdu, skrętu, wstępu, ograniczeń tonażu, aby tylko ich nie naprawiać lub nie poszerzać.
To zdjęcie obrazuje tylko wąskość podjazdów, teraz ta droga ma nawierzchnię w standardzie europejskim.

Raz na ruski rok płaci się mandat i jeździ dalej, jak to od lat się czyniło, zapisując jego koszt w rubryce "podatki". Raz na 2 lata kupujemy łańcuchy i opony zimowe zgodnie z wszechobecnymi nakazami, aby zanadto nie odśnieżać. Wyjątkiem chyba jest Zachełmie i Przesieka, bo owszem zawsze odśnieżają i zakopać się zdarza najczęściej tuż przed domem, bo się nie odśnieżyło, tylko siedziało w samochodzie. Mimo to kochamy góry, chodzimy po nich wbrew zakazom, gdy tylko czasu wystarczy pomiędzy zarabianiem na owe opłaty. Nie jest to pokonywanie trudności. Ich w górach zwykle się nie pokonuje, cały czas są i dybią na wspinacza lub wędrowca bez przerwy, nie przejmując się wcale tym czy ktoś je pokonał czy nie. Jest to ciagłe przebywanie w utrudnionych warunkach wśród gór, niebezpieczeństw, przepaści finansowych, spadających kamieni i wiejących, porywistych wiatrów.

Wszyscy znamy stereotyp górala podhalańskiego: twardy, zacięty, wytrwały, silny, samodzielny, zaradny filozof. Podobno górali karkonoskich nigdy nie było i nie ma, a na tym zdjęciu to pewnie tylko misie.

Ale warto i chcemy tak żyć, bo każdy krok, nawet parocentymetrowy przechwyt i każdy dzień dają podwójną satysfakcję i w pięknych przyrodniczo- krajobrazowych okolicznościach nadają sens życiu w o wiele większym stopniu niż np. zdobycie pilota TV przed kolejnym meczem albo siedzącego miejsca w tramwaju.

To wszystko reprezentujemy i o tym śpiewamy np. w piosence "Idź na Przełęcz":

1. Z milczącym wzrokiem mijamy ludzi
Ciągle zmęczonych życiem bez snu
Za ciasne zaułki, zbyt tłoczne chodniki
Noc szybko zapada po kolejnym dniu.

Szare kolory nieba w świetlikach
Zmierzch purpurowo zstępuje na bruk
Bębnią w rytm tanga odgłosy za ścianą 
W niewoli biurowców pozorny trwa ruch.

Refren: A ty wstań, wstań, wstań
Nie zastanawiaj się
Którą drogą będziesz dziś
Wspinać się na góry szczyt

A ty idź, idź, idź
I nie zatrzymuj się
Nawet gdybyś stracić miał
W życiu najcenniejszy skarb.

2. Zaklęta w kamień myśl gdy zastyga
Przedziera się przez krzyk i przez szum
Nagle na drzewie kwiat wiśni zakwita
I mruga do słońca przez ludzki tłum.

Cień się majestatycznie znów skraca
Ptak o wolności zaśpiewał coś
Cieplej i milej z nadzieją powracać
Lepiej Ci jest gdy odrzucisz złość.

Refren: A ty wstań, wstań, wstań...

3. Świat po horyzont wolno się kręci
Z niebem złączony u naszych stóp
Przez mgły jak miraż drgający się świeci
Pejzaż odległy, Twój obraz ze snów.

Przenikniesz skały, przekroczysz przełęcze
Sypniesz po halach miłości proch
Wszystko co widzisz i czujesz swym sercem
Pomaga pokonać smutek i strach.

Refren: A ty wstań, wstań, wstań...

Podejrzewam, że wszystko co powyższe, przenosi się obecnie również na kulturę muzyczną, nie tylko karkonoską. Ten teren też pokryty jest górami, dolinami, przełęczami, po których pewnie będziemy chodzić bardzo długo, bez pomocy z zewnątrz, zwłaszcza od niskopiennych. To w górach jest oczywiste. Nikt nikogo już na szczyt nie wnosi, a i przedwojennemu tragarzowi lektyki nikt nie pomagał nieść.

Instytucje kulturalne zdaje się, nie są zdolne, aby działać zgodnie z ich przeznaczeniem, wspierając i umożliwiając realizację ludzi utalentowanych, pełnych chęci i zapału, których jest w naszym kraju większość, chociaż nie każdy w tych warunkach siebie o to podejrzewa. Nie mając pieniędzy na nic więcej niż na niezburzenie budynku i nie zwolnienie pracowników od Ministerstwa Kultury, liczą na fundusze unijne, rozdawane tak na prawdę wcale nie za darmo i nie każdemu. Aby zorganizować koncert należy znaleźć odpowiedni program, grant, odpowiedniego operatora, bo często oni zajmują się "rozdawaniem". Przypomina to do złudzenia wędkę leżącą na wystawie zakratowanej witryny. Następnie pracownik, często oddelegowany wyłącznie do takiej pracy, miesiącami opracowuje projekt, dobrze gdy ma sprawdzone podkładki, składa go w wyznaczonym czasie- nic prędzej się nie da. Po 4 miesiącach, odpowiednia komisja punktuje projekty i wybiera paru beneficjentów, szczęściarzy, którzy dostają promesę i już po paru miesiącach od realizacji projektu otrzymują zwrot znacznej części wydatkowanych środków.
Wszystko to mogłoby być do zrozumienia w przypadku dużych projektów, polegających na rozbudowie obiektów lub nawet ich wyposażeniu. Inaczej jest jeżeli chodzi o jeden, mały lub niemały koncercik, na którym wykonawcy grają za darmo, bo są amatorami, bo nie zależy im. Pewnie bez tego nie miałby kto zapłacić pracownikom ochrony, szatniarzom, za prąd, za ogrzewanie. W związku z tym to, co widzimy na plakatach i jeleniogórskich scenach jest w dużej części efektem starań sprzed minimum 8- 10 miesięcy, a więc pewnie już nieaktualne, dotyczące tych, którzy się zgodzili zaistnieć dopiero za taki czas, przewidując niezmienność repertuarową, stylu, brzmienia itp. Nie wpływa to dynamicznie na rozwój muzycznych ambicji, aby chociaż dogonić poziom europejskiej czy amerykańskiej kultury, a co za tym idzie, również na wzrost zainteresowania u publiczności. Coraz mniej ludzi przychodzi na koncerty. Granie dla 2 osób nie należy do rzadkości, ale gdyby uzyskać na promocję imprezy sporą dotację, uzbierałoby się może nawet parędziesiąt słuchaczy. Ta najlepsza muzyka oczywiście sama się bronić powinna, chociaż z powodu biletowania, frekwencja też czasem niedomaga np. koncert Comy w Oriencie lub Raz Dwa Trzy w Teatrze.
A wszyscy nieznani amatorzy, półamatorzy, muszą zejść pod ziemię i do własnych garaży. Od paru miesięcy ponad 300- osobowa grupa facebookowa, złożona z osób z Jeleniej Góry chcących grać i się realizować muzycznie, bezskutecznie szuka małej salki na próby.

Dlatego zapraszamy na zupełnie niedofinansowane, prywatne, świeże, aktualne wydarzenie w Agro- Tour- Farm, w Zachełmiu, 25 maja pod nazwą Dzień Domu. Nikt tu nic nie zarabia, wykonawcy przybywają własnym sumptem- od 200 m- 120 km. Kosztem jest ich wysiłek i zaangażowanie górali karkonoskich, który może być zwrócony natychmiast przez licznie przybyłą publiczność, w formie aprobaty dla takich pomysłów i jako kredyt nadziei na następne. Jeśli nie przyjdziesz, najprawdopodobniej nie będziesz miał już okazji.


To są ci, którzy oddają Wam chętnie swój czas w sobotę, parę złotych na paliwo i mnóstwo talentu oraz pracy przy jego szlifowaniu, nie oczekując nic w zamian poza miłą, życzliwą atmosferą:

Kazimierz Hołyszewski- inicjator, właściciel domu Wilma, pod którym będzie się to działo, dobry duch i propagator tego co w Karkonoszach dobre i ciekawe,

Małgosia Kowzan- poetka, poduszkarka, ze wszystkiego uszyje poduszkę albo ułoży wiersz, albo i jedno i drugie. Wszędzie jej pełno, jednego dnia potrafi zaorać pole, zasiać orkisz, wystąpić na wieczorze autorskim, uszyć i następnie wystawic poduszki na jarmarku regionalnym,

Zespół Szyszak- projekt totalny tak bardzo, że czasem wydaje się, że wystarczyłoby nam wyjść na scenę i tylko trochę postać, by było widać o co nam chodzi. Tak się nigdy nie dzieje, a najcześciej nawet zagrać nie wystarczy.

Paraluzja- znana bardziej niż wszyscy tu razem wzięci, również jako "Moon Eyes", bardzo aktywnie podchodzą do swojej autorskiej muzyki, grali chyba już wszędzie poza Zachełmiem. Konia z rzędem temu kto określi ich styl,

Jacek Borowicz- zawsze śpiewał i po wybraniu kariery naukowej, chętnie rozdawał autografy do indeksów studentkom, tuż po koncercie klubowym swojej postpunkowej kapeli "Przyjaciele Stefana",


Bądź Ciszą- przykład na to jak tkwiące w człowieku talenty mogą szybko rozbłysnąć w każdym momencie życia, jeśli się do nich dotrze. Wystarczyło spotkanie z instrumentami, tomik poezji Małgosi i w krótkim czasie, mimo jego notorycznego braku, powstał niedługi, kojący melodyjnością oraz wokalem Magdy program. Będzie to absolutny debiut, chociaż zespół składa się z trzech Szyszaków oraz Magda i Irek, występujący kiedyś w "Thunder Riff" .


Nie wylewajcie dziecka z kąpielą i przyjdźcie na te koncerty. My wszyscy wyżej wymienieni, tam też dla Was będziemy na pewno.

Witek

To jest przesłanie organizatora Dnia Domu, Kazia Hołyszewskiego:


Dom.

Ileż myśli przebiega przez nasze głowy, gdy to słowo wymawiamy?...

To tu przecież większość z nas po raz pierwszy ujrzała świat, tu także niejeden z nas zobaczy go po raz ostatni...
Dwie chwile w życiu każdego człowieka połączone nicią jego biologicznego trwania, najczęściej trudnego i pracowitego, pełnego wyrzeczeń, lęków, przeplatanego jednak chwilami szczęścia i radości.
W czterech ścianach domu uzyskujemy pierwsze informacje o tym, co wokół, tu też, mozolnie przez matkę i ojca układany, powstaje fundament naszej człowieczej kondycji, tu otrzymujemy szansę, by poznać, kim naprawdę jesteśmy.
To jest także jedyne miejsce, gdzie czujemy się bezpieczni i dokąd uciekamy w popłochu, gdy życie da nam w kość... Tak jest także wtedy, gdy stworzyliśmy i posiadamy już własne domy.
Losom ludzkim nieobce jest też jedno z najstraszniejszych doświadczeń: Utrata DOMU. Trawestując swobodnie mistrza Renesansu można by rzec:

Domu rodzinny!
"Ile cię cenić trzeba
ten tylko się dowie, kto cię... stracił"

My, tu żyjący potomkowie kresowiaków doskonale wiemy, co oznacza taka utrata. To jest trwający kilka pokoleń swoisty letarg, pomieszanie doświadczenia krzywdy z niejasnym poczuciem winy. Tak, winy: przecież KOGOŚ wypędzono, byśmy MY, także wypędzeni mogli TU zamieszkać... Ale - jak budować przyszłość na świadomości, że byt w nowym miejscu efemeryczny?... Że może przyjdzie nam ten wzniesiony nie naszymi rękami dom, to miejsce - przecież piękne i przyjazne - kolejny raz opuścić?...
Jedyne, co nas przez dekady łączyło, to lęk, że "przyjdą i odbiorą, wypędzą na tułaczkę" Stracimy DOM! Pamiętam ten lęk, który paraliżował, nie pozwalał przez całe lata rozpakować na dobre naszych kufrów i tułaczych tobołków...
Właśnie to poczucie tymczasowości obciążałbym odpowiedzialnością za wielowymiarową degradację tzw Ziem Odzyskanych oraz przybyłych tu osadników.
Ówczesna oficjalna propaganda starała się przekonywać, że to przecież "akt historycznej sprawiedliwości", że my teraz tutaj "u siebie".
ONI? Oni rozpętali najstraszliwszą z wojen i niech mają za swoje!...

Ciekawe, że w podobny sposób w czasie realizacji tzw reformy rolnej przekonywano chłopów, by sięgali odważniej po "dworskie". Czynili tak niemal wyłącznie ludzie wsłuchani w nauki Jakuba Szeli, czyli spadkobiercy moralni tego "galicyjskiego rzeźnika" z czasów Wiosny Ludów... Inni wzdragali się, powstrzymywani wywiedzionym wprost z Dekalogu porzekadłem "nie twoje? - nie rusz!"
Ta może nieco obszerna dygresja pokazuje po raz nie wiem już, który, że wojna nie wystawia na ogół rachunku politykom. Weksle płacą maluczcy, zaś możni - oni gotują nam nowe wojny i wojenki.
Domy budujemy, kupujemy, czasem niszczą je żywioły, nierzadko ludzka ręka. Przechodzą z rąk do rąk i żadna handlowa transakcja, jakiej dokonują między sobą ludzie - nie posiada równie uroczystej oprawy i świadectwa, jakie przydaje tej transakcji autorytet i majestat państwa. Wybudować dom, kupić dom... To jedna z najważniejszych cezur w życiu każdego człowieka, każdej rodziny. Potem - wszystko jest prostsze, bo "przecież mamy już DOM, mamy gdzie mieszkać"...
I toczy się nasze życie: w domu, z domu, do domu, dla domu, koło domu, ale nie - BEZ DOMU. Bez domu można jedynie... wegetować. Czy więc tego wszystkiego nie dość, by ustanowić Dzień Domu? Święto Domu?
Ma swe święto taki np.... ziemniak, obchodzimy (i słusznie!) Dzień Chleba czy nawet kurczaka (Chicken Day).
Mamy przede wszystkim różne święta i rocznice religijne, historyczne, patriotyczne , słowem - z samych wyżyn patosu. Jest tak, ponieważ potrzeba świętowania jest równie stara, jak ludzkość. Uczyńmy tedy Dzień Domu i niechaj nim będzie ostatnia sobota maja, która w tym roku wypada dnia 25-go.
Cieszmy się naszymi domami, tymi nowiutkimi, pachnącymi świeżością, ale także i starymi, bądź bardzo starymi, wymagającymi od nas szczególnej troski i miłości, bo są świadectwem minionych pokoleń a w tym sensie - ponadczasowe.
I niechaj tego dnia nasza serdeczna myśl popłynie w stronę tych wszystkich na świecie, których zły los pozbawił najważniejszej dla człowieka kotwicy, jaką jest - DOM.

Data dodania: 24 Stycznia 2013

BÓG SIĘ RODZI ...

No to pokolędowaliśmy :) Tegoroczny okres bożonarodzeniowy przechodzi po mału do historii. Dla nas był to szczególny czas - czas wypełniony kolędami.
Tradycyjnie rozpoczynamy Pasterką w przesieckim kościółku.

To już standard: kościół wypełniony po brzegi, podniosły - wyjątkowy nastrój, ognisko ......a w tym wszystkim szyszakowe kolędy.

Dzięki ludziom dobrej woli nowobudowana świątynia pięknieje z roku na rok, a my możemy się tylko cieszyć, że mamy w tym wszystkim swój udział.

Święto Trzech Króli.
Gramy w kościele Matki Boskiej Częstochowskiej w Podgórzynie w trochę okrojonym składzie (bez Oli) - specjalnie dla Majki, z okazji jej chrztu. Wystąpiliśmy tu ostatnio dwa lata temu. Udany koncert, choć Majka na jednej z następnych prób zespołu zademonstrowała nam, że "Bóg się rodzi" należy spiewać tak :
 

Koncert w DPS "Pogodna Jesień

" w Jeleniej Górze. Już po raz drugi przynosimy Seniorom koszyczek naszych kolęd. Fajnie, że możemy umilić im ten czas i że dzięki nam utwierdzą się w przekonaniu, że nie są sami. Wspaniała - wzruszająca atmosfera - na pewno tu wrócimy.


Kościół Podwyższenia Krzyża Świętego (Garnizonowy) w Jeleniej Górze. Ambitny plan, śpiewały tu przecież największe sławy (nie tylko krajowe).
Montujemy się w sobotę - bezpośrednio po koncercie w DPS. Dawno tu nie byliśmy, majestatyczna świątynia robi na nas niesamowite wrażenie.Tadziu jest szczęśliwy - w końcu będzie mógł zaprezentować na max całe swoje nagłośnienie !!!

Mimo potężnej bryły kościoła, wyraźnie odczuwa się bardzo dobrą akustykę, a dodatkowo coś co nas cieszy najbardziej : OGRZEWANIE !!!
Już jesteśmy ustawieni i nastrojeni - zatem do jutra, będzie się działo :)

Niedziela: żeby było weselej, muszą być przecież niespodzianki :) Okazuje się bowiem, że mamy awarię ogrzewania w kościele (na zewnątrz 15 stopniowy mróz), a dodatkowo mamy zacząć grać pół godziny wcześniej. Andrzej niestety śpiewa w tym czasie z chórem w Sobieszowie  - czy zdąży ?
Męska decyzja: zdejmujemy kurtki i gramy w naszych koszulach oraz zaczynamy bez Andrzeja.
Na szczęście po pierwszej kolędzie Andrzej się pojawia..... i już słychać skrzypeczki :)

Koncert bardzo udany - warto było trochę pomarznąć.

To już prawie luty, jeszcze tylko wspólne kolędowanie w Zachełmiu i czas powrócić w końcu do szyszakowej muzyki. Do "obróbki" czeka przecież cała sterta tekstów i pomysłów - a zatem do roboty i do zobaczenia na koncertach !!!

Marek

Data dodania: 19 Grudnia 2012


Ale cisza :)
Patrząc z boku ktoś mógłby powiedzieć, że Szyszak wyjechał na urlop. Nic bardziej mylnego. Dzieje się u nas jak zwykle bardzo dużo, ale z pewnością wszystkie sprawy zdominowane zostały przez narodziny najmłodszego Szyszaczka - Majki.

                    

Już dzisiaj widać, że ma znakomite poczucie rytmu i nie wiem, czy w przyszłości nie wysadzi z perkusyjnego stołeczka swojego Tatusia :) Majka chętnie uczestniczy w próbach i uśmiecha się łobuzersko do wszystkich szyszakowych wujków.

 

Jesienią Szyszak wybrał się w podróż służbową do Wrocławia, aby kupić wymarzone instrumenty. Zwiedzanie muzycznych stoisk było bardzo pasjonujące, ale po kilku godzinach wszyscy mieliśmy serdecznie dość !


Ważne, że zakupy zakończyły się sukcesem, a nowe instrumenty mogliśmy wypróbować już za kilka dni na koncercie w Leśnym Zamku w Karpaczu - grając dla przyjaciół z PTTK. Granie koncertów dla "swoich" to prawdziwa przyjemność i wszyscy czujemy wtedy wyjątkową więź między słuchaczami, nami oraz naszymi utworami. Odnosi się wrażenie, że niektóre piosenki powstały jakby specjalnie na tą właśnie okazję i jest to uczucie bardzo przyjemne :)

 

W grudniu, jeden z Szyszaków  - Michał i jego brat, autor okładki do płyty "Nasze Karkonosze"  Marcin, wystąpili z powodzeniem jako Microexpressions na międzynarodowym Showcase- Festiwalu Glimps w Gent w Belgii, reprezentując obok 2 innych formacji Polskę.

Na Szyszaka też przyjdzie czas np. w kwietniu w Pradze, w ogrodach- winnicach Ambasady Polskiej.

Wszyscy mamy też i inne swoje projekty. Marek dba o Gminę i ją promuje, Maciek współpracuje jako kompozytor z Filharmonią Jeleniogórską, Ola rodzi dzieci i uczy je śpiewać, Zbyszek działa jako organista w całym regionie i buduje dom dla Oli i dzieci, Witek bierze muzyczny udział w projektach: folklorystycznym i poetyckim, a Andrzej gra w Wangu oraz prowadzi chór i Fundację.
Czas biegnie szybko - już za chwilę Boże Narodzenie. Szyszak z zapałem przygotowuje "folkowe kolędy", które jak co roku zabrzmią na Pasterce w przesieckim kościółku. Ale o tym już później.......  (Marek)



Data dodania: 30 Sierpnia 2012


"Czas nas dzisiaj się nie ima."
To początek naszej piosenki, którą zwykle zaczynamy koncert, której tekst napisała Ala pod tytułem "Szyszak", opowiadający o genealogii nazwy zespołu.

I jest to prawda, przez codzienne nasze życie w Karkonoszach wielokrotnie sprawdzona. Jednak nie znaczy, że posiadamy umiejetność zatrzymywania czasu. Przeciwnie. Wskutek wielu działań, pędzi on z zawrotną szybkością, tak że nie możemy nadążyć, dzieląc go coraz to drobniej: na życie rodzinne, zawodowe, muzyczne, osobiste, społeczne. Kumulacja występuje paradoksalnie w okresie urlopowym, bo niektórzy z nas wtedy właśnie najbardziej pracują, a niektórzy najmniej- jak to mówimy: "raz jedni, raz drudzy".
Sierpień nie tylko obfituje w koncerty, ale też powstał zwyczaj wieczornego pławienia sie w strumieniu Czerwień. Zwłaszcza brylują w tym Zbysiu, Marek i dwa Michały. Temperatura wody jest całkiem znośna +7º C, bo zimą bywa -2ºC. Codziennie się zdzwaniamy i większość mówi "nie", ale zawsze ktoś się kąpie- w końcu jest nas już 7.

W tym czasie okazało się też, że jedno zaszło jeszcze dalej, w błogosławioną ciążę i przez chwilę nawet nie bardzo było wiadomo do końca które.

O lipcu pisał Marek, ale nim zdążył napisać, już zdarzyło się klimatyczne śpiewanie przy ognisku wiśniowym. Dla gości Wiśniowego Sadu grywamy średnio raz do roku.

Tak, tak. Były w nim też gałązki owocowe. Zima łatwo nie ustępuje, więc bywa, że palimy w kominku bądź w ognisku drewnem owocowym, gdy majowe śnieżyce obłamią wiekowe drzewka. Dla gości Wiśniowego Sadu, Szczęsnowa, czy Agro-Tour- Farm, granie jest szczególnie wdzięczne i autentyczne, bo łączy wiele płaszczyzn: muzyczną, zawodową, rodzinną, społeczną i osobistą.

Wszystko jest bardzo ważne, a w szczególności klimaty, okolice i miejsca właściwe nam, miłośnikom Karkonoszy i obiektów znajdujących się pomiędzy nimi, bez czekania na prośby, reklamę, marketing, co teraz niezbędne jest do tego by zaistnieć i mieć publiczność.

W taki też sposób, w ostatniej chwili, wprosiliśmy się do Hauptmanna, gdy miał drzwi dla wszystkich otwarte i zagraliśmy, po odjęciu członków rodzin, gości- turystów, znajomych, dla małej garstki muzealnych gości. Cały czas wiał wiatr historii, krążyły duchy Gerharta i Avenariusa, pomysłodawców wzorów haftu na naszych zachełmiańskich koszulach, autorów fresków w willi.

Chcemy by było jak najwięcej ludzi na koncertach słuchających także tekstów piosenek i to się też dzieje. Może najmniej na festynach, chociaż i tak udaje nam się przebijać przez jarmarczną kolorystykę dmuchanych budowli, jaskrawy błękit namiotów i bursztynowe dekoracje na stołach wyprodukowanych w znanych stolarniach jak Tyskie lub Okocim.

Jest wrażenie, że muzyka w takich okolicznościach płynie prosto do podświadomości (serca), gdyż zmysły zajęte są czymś innym i to jest dla nas bardzo ważny kanał przekazu.

Najczęściej taki sposób oddziaływania sztuki jest przez twórców nadwyrężany, bo każdy chciałby przy tym jeszcze coś ugrać dla siebie, tzn. zdobyć popularność, podziw czy następne kotrakty. Nie jest łatwo uznać, że tak się nie dzieje na festynach, świętach i masowych imprezach okolicznościowych. Zdarzają się momenty, że na koncertach festynowych, po skończeniu sentymentalnej piosenki zapada cisza, słuchacze nie śpią, ale wydaje im się, że Wojski gra jeszcze, a to echo w nich samych grało. Wyjątkowa atmosfera się tworzy, gdy zapraszamy na występ naszą publiczność, czy to rodzinną, czy znajomą, która już jest zaznajomiona z charakterem muzyki i odbiór polega wtedy na jej przeżywaniu, co objawia się aplauzem, bisami i zabawą, a na usta same cisną się dowcipne zapowiedzi i dialogi.

Tak też właśnie było w czasie koncertu w rodzimym Zachełmiu, na terenie hotelu Concordia. Zachełmie ma z nas najwięcej. Najczęściej tu gramy: w Agro Tour Farm, Wiśniowym Sadzie, w Concordii, w Szczęsnowie i na placu zabaw przy ogólnowiejskim ognisku. Ponieważ Ola i Zbyszek mieszkaja w Przesiece, również tu można nas usłyszeć przynajmniej raz w roku, głównie na festynie wiosennym i na Pasterkach.
Do zamku Chojnik wybieramy się kilka razy w roku, teraz pierwszy raz wszyscy razem, by w koszulach zachełmiańskich zaśpiewać Kunegundzie. Na górę wtargaliśmy się bohatersko, bo i pierwsza 6- osobowa drużyna i druga 1- osobowa znalazły się u celu, jednak w różnym czasie i z różnych miejsc: Zachełmie, Sobieszów.

Czyli Tadzio, największy bohater, przepakował sprzęt do ułaza. Okazało się, że konno nie byłoby łatwiej, bo konie nie hamują tak skutecznie, a kierowca mógłby wzbudzić podziw i u Hołowczyca.
Nasza wędrówka w porównaniu z jego eskapadą była wygodnym spacerkiem, przez bukowy lasek, pełny cienia, rzeźkości i anielsko życzliwych elfów, które uśmiechały się wciąż, zagadywały, żałując że już schodzą, pozdrawiały i pstrykały chętnie zdjęcia dla nas i dla siebie.

Chodzimy tędy od dziecka i znamy każdy kamień. Za każdym jednak razem spacer przez kwaśną buczynę sudecką przeżywamy na nowo.

Po dotarciu na szczyt, należało odczekać tłustą chwilę, aż dojechał sprzęt z 2- godzinnym opóźnieniem. Nieźle musieliśmy pomajstrować w czasoprzestrzeni, aby zainstalować się w rekordowe 20 minut. W tym czasie podchodzi do nas białogłowa odziana w piękną średniowieczną suknię i mówi:
- O, koszule zachełmiańskie! Jeszcze nigdy nie widziałam ich na żywo.
Po czym starannie nas obejrzała i obmacała. Okazało się, że zajmuje się zawodowo rekonstrukcją i kopiami ubiorów historycznych ze wszystkich epok. Wymieniliśmy się wizytówkami i płytą. Może wyjdzie z tego kolejna koszula albo i zachełmiańska szata damska.

Jak zwykle nie trafiamy na maksimum frekwencji, ale jak zwykle trafia na nas znajoma publiczność, przypadkowo również złożona z wiśniowych gości oraz z Zachełmiaków, bo na zamek mają najbliżej.

Z pewnością występ się podobał głównemu bohaterowi imprezy, może dlatego, że też ogarnięty jest pasją tworzenia, Jędrkowi Ciosańskiemu, który podjął się dowodzenia twierdzą w dosyć trudnych warunkach, z zaległościami i z ambitnymi planami czynienia o wiele więcej niż wymagałaby tylko jej obrona.
Bardzo polubiliśmy kasztelańską parę i gdy tylko będzie potrzeba, chętnie tu znowu wystąpimy.

Jędrek to nietuzinkowa osobowość, gotów jest się dzielić wszystkim co ma i wszystkim co wie lub co przeżył.
W czasie turnieju zdarzyło mu się otrzymać niewinny, lekki cios w dłoń, chronioną stalową rękawicą. Chciał ten fakt całkiem pominąć lecz w rękawicy zrobiło się podejrzanie mokro. Po jej zdjęciu trysnęła we wszystkie strony krew i szybko trzeba było zrobić solidny opatrunek palca, z którego nie wiadomo jak, został ścięty kawał opuszka.

Na dowód, że ma mocno podwyższony próg odczuwania bólu i że ta przygoda nie była jeszcze taka makabryczna, Jędrek opowiedział nam jak to pewnego razu ucząc dwie Francuzki konnej jazdy w terenie, zahaczył nogą o jakiś konar.
Rozerwała się nogawka, a spodnie zaczęły nabierać barwy krwisto- czerwonej coraz bardziej, aż zrobiło się porządnie krwawo. Francuzki pobladły śmiertelnie, Jędrek zaś wyjął z torby zestaw ratunkowy w postaci igły i nici chirurgicznych i spokojnie zaczął zszywać głęboką ranę. Po chwili musiał się już spieszyć, bo obydwie kobiety przestały dawać oznaki życia.
Jest z wykształcenia zootechnikiem, więc nie raz używał takich narzędzi, co pozwoliło skutecznie powstrzymać krwotok i w porę ocucić przerażone niewiasty.
Na drugi dzień w przychodni lekarz na widok zszytej nogi wykrzyknął:
-Panie Andrzeju, który weterynarz to Panu zszywał!?
-Siedzi przed Panem.- ze śmiechem odpowiedział kapitan z Chojnika.

Po koncercie wypróbowaliśmy swoich sił fizycznych i psychicznych wbiegając na wieżę, wchodząc pod pręgierz, zagladając do lochu.

W sierpniu odbył się jeszcze jeden koncert w 770- letniej Starej Kamienicy. Było festynowo i też znalazła się spora grupa, której karkonoska poezja oraz muzyka przypadły do słuchu. Tym bardziej, że wystąpiliśmy w 7- osobowym składzie, wzmocnieni przez nastrojowe progresje i solówki gitary Michała oraz wysublimowane riffy, wstępy i kontrapunkty skrzypiec Andrzeja.
 


Witek

Data dodania: 12 Sierpnia 2012

Gitarą i... w Borowicach

Z niecierpliwością czekaliśmy na nasz koncert i udział w festiwalu, bądź co bądź jednym z najważniejszych w kraju, jeżeli chodzi o ten gatunek muzyki. Trema, niepewność, świadomość, że będziemy występowali na jednym koncercie z wielkimi gwiazdami sprawiły, że po wszystkich widać było lekkie zdenerwowanie.


Otwieramy cały festiwal śpiewając kultową „Sielankę o domu” WGB. Jest dobrze – Tadziu nie może się powstrzymać i wpada na scenę taranując organizatorów, aby dołożyć swój wokal (jak stwierdził później – było to silniejsze od niego).

Jeszcze drobne ustawienia i Jacek Grondowy zapowiada nasz koncert. Ruszamy. Odwagi dodaje nam nasza wierna publiczność, która nie zawiodła i przywędrowała za nami do Borowic.

Jak zwykle, na ważnym koncercie nie zabrakło Michała, który po powrocie z Belfastu wzmacnia nasze szeregi.

Robi się fajnie, świetna atmosfera, tylko te chmury.


Na szczęście już po deszczu i po naszym koncercie.


 

Jesteśmy szczęśliwi – tradycyjnie wspólne zdjęcie i z Kasią Groniec i z Piotrem Bukartykiem.


 

Hej Borowice – do zobaczenia

 

Koncert - Kaplica św. Anny

Kolejny koncertowy weekend. Gramy na odpuście nieopodal kaplicy św. Anny – naszym najstarszym gminnym zabytku. Maciek odfrunął na luksusowe ciepłe wczasy, więc gramy bez klawiszów. Fajna atmosfera, a przede wszystkim profesjonalne nagłośnienie – wiadomo, Mirek Jakubowski.

Scena „na kółkach” kołysze się razem z nami, a karkonoskie nuty zataczają koło nad wypełnioną po brzegi polaną i odbijają się w „dobrym źródełku”.

Marek

Data dodania: 12 Lipca 2012

Lato 2012 rozpoczynamy wyjazdowo w Kotlinie Kłodzkiej.

Po drodze grzechem byłoby nie przystanąć i nie wejść do krzeszowskiej bazyliki oraz niezgrzeszyć i nie zrobić zdjęcia we wspaniałym wnętrzu świątyni.

Może to trochę daleko, ale też kotlina i jakby nie było, dobrze jest sławić Karkonosze zwłaszcza tam, gdzie są mniej znane, również w innych górach.

Tym bardziej jest to możliwe, że natrafiamy na zainteresowanie, na ludzi aktywnych, z entuzjazmem podchodzących do każdego twórczego działania, którzy gotowi są przyciągać nie tylko to co stare i sprawdzone, ale też nowe i jeszcze nowsze. Efekty tego są widoczne chociażby w ilości okolicznych zespołów folklorystycznych, prezentujących się na Przeglądzie "Róża Kłodzka" w Pstrążnej.
Okazuje sie, że prawie każda okoliczna wieś ma swój zespół folklorystyczny, których na imprezę przybyło 10. Wśród nich trafiła się nawet grupa uprawiająca sudecki, oryginalny folklor, co zostało sprawiedliwie docenione przez liczne jury konkursu. Skrzynczanki  śpiewały stare pieśni z czeskich Sudetów na bardzo przyzwoitym poziomie, występując w strojach inspirowanych dolnośląską tradycją przedwojenną. Na zdjeciu jesteśmy z Katarzynkami.

My też zostaliśmy dopieszczeni przez organizatorów biorąc udział jako goście specjalni nie tylko że nie było żadnych problemów z niewygórowanym honorarium, ale też tym że nie zabrakło staropolanki, podziękowań, uroczystego przekazania statuetki, informacji w mediach oraz atmosfery radosnej zabawy uwieńczonej w finale wykonaniem sudeckich tańców do rytmów karkonoskiej muzyki.

Takie imprezy zdarzają nam się w rewirze jeleniogórskim bardzo rzadko. Może dlatego, że jednak kłodzcy animatorzy podchodzą do kultury bardziej globalnie, po sudecku, a nie po karpacku czy szklarskoporębsku. Wszystko to zależy od ludzi, liderów, działaczy, pasjonatów, których tu poznaliśmy takich jak m.in. Wojtek Heliński (fot.1), Maciek Sokołowski, Marek Biernacki, Dominika Radwan (fot.2), Anna Lech, Maciej Awiżeń, Tomek Woś, Bartek Małek i z którymi mieliśmy więcej porozumienia przez dwa dni niż z naszymi w Karkonoszach w ciągu dwóch lat, przytłoczonymi może za bardzo przez politykę i turystyczny biznes.

Sam skansen jest wyjątkowym miejscem- stara kużnia, warsztat tkacki, piekarnia, wiatrak.
Sercem skansenu jest kuźnia z 1856 r., w której zgromadzono eksponaty związane z kowalstwem i ślusarstwem. Najstarsze z nich pochodzą aż z XVII w. Innym ciekawym obiektem przeniesionym do Pstrążnej jest XIX-wieczny wiejski zajazd z Szalejowa Dolnego. Wyjątkowe wrażenie robi również wieża sygnalizacyjna z dzwonami, pochodząca z tego samego okresu. Całość urozmaicają wiejskie chaty, wiatrak oraz kapliczka z figurką św. Floriana z 1859 r.
My przymierzyliśmy się do pięknej sudeckiej izby, suszarni ziół, a Ola od razu czemuś wypatrzyła stylową kołyskę.

Pełnię szczęścia uzupełniliśmy niezwykłym, 100- procentowym smakiem pstrąga z miejscowego łowiska (fot. 3), wyborną grochówką prosto z kotła i zdrowotnymi, najdelikatniejszymi przetworami z aronii z Eko Ar  oferowanymi wdzięcznie do posmakowania gratis (fot. 2).

Dzień wcześniej wzięliśmy udział w epokowym wydarzeniu- pierwszy festiwal sztuk niebanalnych w Pasterce "Pasterskie Anioły", organizowany przez właśnie Maćka, Wojtka i Bartka. Impreza zakończyła się wielkim sukcesem dzięki niezwykle sprawnej organizacji koncertów, konkursu, noclegów, parkingów, promocji itp. Rolę głównego patrona wziął na siebie portal poetycko- muzyczny "W Górach Jest Wszystko Co Kocham".

My wzięliśmy na siebie skromną rolę uczestnika konkursu i mimo nadzwyczajnej pokory wobec największych polskich gwiazd artfolkowych oraz wobec pozostałych utytułowanych konkursowiczów, jak np. Bieguni z Nowej Rudy, zostaliśmy jednak zauważeni niemal dwukrotnie: wyróżnienie+ zaproszenie na OTGPS (fot.3).

Niemała zasługa w tym wydaje się być po stronie Piotra Bukartyka i Magdy Turowskiej ("Cytryna"), którzy zechcieli posłuchać naszych "Na rozstaju" i "Idź na Przełęcz" oraz prawdopodobnie wzięli pod uwagę słabość w postaci braku instrumentu klawiszowego, który nie zdążył dojechać z konferencji OSP we Wrocławiu (fot.2), mimo że czekaliśmy do końca (fot.1).

Dla nas najcenniejsza nagrodą był pobyt w tym magicznym miejscu, pod Szczelińcem, w kultowym schronisku Pasterka, wysłuchanie koncertów ADSU (fot. 2), Caryny, Celtic Tree, a zwłaszcza Piotra Bukartyka, który ujął nas całkowicie mistrzowskim panowaniem nad publiką, nastrojem, muzyką. Już cieszymy się z powtórki tego przeżycia w Borowicach.
Na Zachełmie można liczyć też w Pasterce, w postaci najsympatyczniejszej z wolontariuszek Julki, autorki niektórych zdjęć, prywatnie siostrzenicy naszego chirurga i poety wszechczasów Kazia, zresztą autora tekstu "Powrotów".
Też i mogliśmy liczyć na jajcarski, miejscowy zespół ludowy, zorganizowany przez Wojtka i Dominikę- "Czarna Syrena" (fot. 3,4), wykonujący góralskie szanty.

W takim czasie dzień łączy się z nocą. Śpi się w innym wymiarze, telefony poszukują bezskutecznie zasięgu (fot. 3,4), a życie toczy się bez przerwy. Na poddaszu schroniska, w czarodziejskiej scenografii, znaleźliśmy się w centrum muzycznego, niesamowicie porywającego spektaklu w wykonaniu niszowego, wrocławskiego zespołu "Kariera".

Awangarda jest nam na co dzień dosyć bliska, bo chcielibyśmy też ubarwiać nasze "ludowe" dokonania chociażby jedną niezal- nutką lub prog- akordem, podobnie jak przyprawiamy pieprzem karkonoskie zupy. Tu mieliśmy okazję posmakowania jej w całej okazałości i delektowania się brzmieniemi smacznie niestrojącego głosu wokalisty, postpunkowymi tonami klarnetu basowego, jazzującymi szarpnięciami kontrabasu i old schoolowymi schoolówkami Mooga. Ponieważ zespół wspominał haniebne wyrzucenie ich ze sceny "Gitarą i Piórem" w latach 90- tych, w celu zadośćuczynienia nasz gitarzysta Marek "Maćkowski" zamienił się z gitarzystą Maćkiem Markowskim na koszulkę- z logo borowickiego festiwalu.

Potem wylądowaliśmy we wspólnej japońskiej balii razem z Czarną Syreną i częścią Kariery, gdzie urządziliśmy subfestiwal polskich pieśni radosnych, wprost pod latajacymi aniołami po nocnym niebie, przykrywającym pasterskie schronisko i czuwający nad wszystkim, niczym lampa Akermanu, Szczeliniec.



Witek

Data dodania: 05 Czerwca 2012

Ostatni weekend maja, podobnie jak i pierwszy, zmobilizował nas do wyjścia z zachełmiańskich piwnic na światło dzienne.
Tym światłem postanowiliśmy nakarmić źrenice odwołując się do sentymentu, który w tych czasach staje się niestety wartością z lekka zapominaną, a w naszym przypadku, jako składników pokolenia urodzonego na Ziemiach Odzyskanych, nieco nową i młodą. 
Dlatego chadzamy niekiedy na Mały Szyszak, Przełęcz Karkonoską, na Śnieżkę. Na Wodospad lub Chojnik idziemy bardziej ze względów higienicznych, by dokonać fizyczno- psychicznych ablucji oraz z lenistwa, by pójść, ale nie za daleko.
Przed rokiem w Domu Tyrolskim zorganizowaliśmy samodzielnie pierwszy koncert, który miał być główną treścią całego wydarzenia. Udało się to znakomicie osiągnąć, ponieważ do dziś pamiętamy ten dzień i narodził się właśnie sentyment, który spowodował po roku ponowną, podobną akcję zakończoną sukcesem w takim sensie, o który nam chodziło.


Po roku grywania w miejscach przyjaznych naszej muzyce, dorobiliśmy się pewności, że możemy zagrać w prawie każdym miejscu w Karkonoszach, pod warunkiem, że bez żadnych gratyfikacji, bez angażowania w to właścicieli i zarządców, samodzielnie organizując reklamę i publiczność. Daje nam to ogromne poczucie swobody, niezależność, wpływ na wszystko, jak w górach, bo zdarza się też zbaczać ze szlaków w dowolnym miejscu.

W tym roku też w maju zagraliśmy tu koncert, dla trochę mniejszej publiczności, ale i tak wystarczająco ciepłej.  Z początku wyłuskała nas młodsza siostra Dami- TV Odra, nie żebyśmy mieli jakieś tam chody. Oni nas rzeczywiście lubią, puszczali klipy przez ten rok z koncertu na Dworze Czarne i byli ciekawi co z nas wyrosło. Nawet nie musieliśmy się tłumaczyć, że nie nazywamy się Siusiak, jak bywało kiedyś na jelonce.com.

Ponownie była okazja podziwiać imponujący karkonoski krajobraz, pomizdrzyć się na jego tle, a wewnątrz z powagą poczuć wdzięczność tyrolskich cieśli dla cesarza w inskrypcji na balustradzie balkonu: Gott segne den König Friedrich Wilhelm III (Pobłogosław Boże króla Fryderyka Wilhelma III) i podziwiać kunsztowne wiązania belek konstrukcyjnych.



Po koncercie zgodnie z planem wpadamy do Kazia, do Agro Tour Farm, gdzie pojutrze święcimy też budowlaną tradycję domów przysłupowych.
Jako że weekend miał być pracowity, w sobotę należało godnie reprezentować Szyszaka przed kamerą TVN Meteo. Bohaterem raportu była Baba Jaga- zachełmiański przysłup i koszula bliższa memu ciału.


Weronika Diallo, reporterka, pół- krwi Ghanka, biegała z mikrofonem i z kamerzystą po ogrodzie, by jak najwierniej przedstawić niemal nierealne piękno tego urokliwego zakątka, stworzonego ponad 100 lat temu przez Alfreda Wilma, a restaurowanego z zapałem od lat przez Hanię i Kazia.









W końcowej scenie Weronika na hasło odjazdu miała odpowiedzieć: ja się stąd już nigdzie nie ruszam. Wyszło: jestem pewna, że jeszcze tu wrócimy, a kamerzysta zastanawiał się co trzeba zrobić, żeby mieć takie miejsce zanim stuknie kolejny krzyżyk.












Ciekawe co by rzekła, gdyby wiedziała jakie w tej chwili storczyki kwitną 100 m dalej przy markowym stawie.

Dzień Otwartych Domów Przysłupowych był słoneczny i bezdeszczowy, wbrew zapewnień synoptyków i górali zachełmiańskich, co było mocno przydatne w czasie występów. Na ławach załatwionych z placu zabaw usiadł kwiat społeczności wiejskiej i trochę przybyszów. Niektórzy zwiedzili wnętrze "czarownicy", jak np. dwoje sympatycznych Holendrów, którzy na koniec poprosili na następny raz o wykonanie tradycyjnych piosenek w języku bardziej zrozumiałym niż polski. Obiecałem, że im przetłumaczę niektóre, mając na myśli teksty oryginalne, leżące gotowe na półce.

Wielką gwiazdą imprezy stał się Jacek, ze swoim efektownie i bogato wykończonym Ibanezem i godnym pozazdroszczenia, akustycznym Marshallem. Pomiędzy hipnotyzująco, nastrojowo brzmiącymi songami, też i z repertuaru Przyjaciół Stefana, odkrywał najzabawniejsze fragmenty swojego i mojego życiorysu z czasów studenckich, gdy mieszkaliśmy razem w pokoju na wrocławskim Nadodrzu, którego mógł nam pozazdrościć sam David Lynch. Publiczność godnie to doceniła, na przemian słuchając w skupieniu bądź rechocząc wesoło.

W tym wszystkim ostro uwijały się dwa Michały, równocześnie pilnując Tadzia akustyka, ustawiając sprzęt, słuchając, pogrywając na basie gdy trzeba było, filmując, fotografując.
Kazio gospodarz sie dwoił i troił, aby ogarnąć nie tylko całą imprezę, ale również podzielić się sobą ze wszystkimi przybyłymi znajomymi na raz. Nawet nieletnie aniołki wzięły się z frajdą za roznoszenie w koszyczku płyty "Nasze Karkonosze".
Z rodziną wychodzi się na występach znacznie lepiej niż na zdjęciach.

Tak jak i w zeszłym roku, karkonoska atmosfera, cudowne widoki i wierni, życzliwi słuchacze sprawiły, że zagrało się nam lekko, swobodnie i nie przeszkadzały strzały z aparatury, słońce grzejące po strunach czy zmienne poziomy głośności np. skrzypiec, gitary. Tadziu nagłośnił wszystko stosownie do miejsca, gdzie zachełmiańskie duszki nadstawiały ciekawie uszu, odnajdując w muzyce echo z ich przedwojennych wcieleń, a dźwięk odbijał się od zboczy, spływając miękko i wyraźnie na położoną niżej większą część wioski.



 

Witek

Data dodania: 16 Maja 2012

 

Co to jest szyszak?

To typ hełmu otwartego, ptak z rodziny turakowatych, góry w łańcuchu Karkonoszy- Mały (1439 m) i Wielki (1509 m), a także karkonoski zespół folkowy (1,82 m). Chodzi głównie o to ostatnie i trochę o tego"malucha", który chociaż niższy jest od Wielkiego, ale wydatniejszy, widoczniejszy, ładniejszy i bliższy z wielu powodów zachełmiańskim sercom.

Szyszak po czesku brzmi prawie jak siusiak.

Zespół Szyszak jaki jest każdy tu widzi. Może nie widać tylko tego, że jesteśmy grupką ludzi na co dzień bardzo zajętą życiem zawodowym i rodzinnym. Często jest to nienormowany lub niespodziewany czas pracy w dzień i w nocy, ale umiemy czynić cuda.  Cudem jest, mimo braku czasu, nieregularne, choć częste odbywanie efektywnych prób do świtu, zorganizowanie się do prawie każdego koncertu, podejmowanie się takowych też prawie,  gdziekolwiek miały by nie być i również wspólne spędzanie czasu w górach lub znacznie poniżej.

Na komponowanie i pisanie wykorzystujemy zakrzywioną czasoprzestrzeń, a więc większość piosenek, poza tymi o nas, opisuje świat równoległy, równoległy oczywiście do Karkonoszy. Niekiedy wymiar taki przebija się do rzeczywistości powodując odjazdowo- wyjazdowe, szyszakowe wyrypy.

Dom przysłupowy głównie polega na przysłupach jak sama nazwa wskazuje, czyli na widocznych słupach niosących górną kondygnację i dach, przylegających do ścian parteru.

Składa się z części mieszkalnej, drewnianej (zrębowej) i z części gospodarczej murowanej (np. z kamienia), oddzielonych od siebie centralną sienią. Taki układ funkcjonalny występuje często też w wielu chatach karkonoskich np. Wiśniowy Sad i Szczęsnowo.

Przed próbą w Szczęsnowie

Dach musi być dwuspadowy, zresztą bardzo trudno znaleźć u nas inny na starych domach.  Ściany piętra mają osobną konstrukcję ryglową (po naszemu szkieletową) z glinianym wypełnieniem (tzw. szachulec) lub ceglanym (mur pruski).

Jest to unikalny rodzaj budownictwa na skalę światową, który występuje przede wszystkim w Euroregionie Nysa. Ich liczbę szacuje się na 19 tys., z czego ok. 500 w Polsce i 23 w powiecie jeleniogórskim. W Zachełmiu jest kilka takich domów: dom Bajka, Baba Jaga, dom Piotra (od kuligów)i... Szczęsnowo (jedna ze ścian), gdzie też brzmią szyszakowe odgłosy, a jeden Szyszak tu mieszka i ta ściana jego też jest.

Bajka

Domy przysłupowe są unikalne, bo jest ich dużo mniej niż 0,005% wszystkich domów czyli 2 x mniej niż 1 Szyszak wśród wszystkich zespołów folkowych na świecie. Można wejść w posiadanie takiego domku w niezłym stanie na terenie Łużyc za śmiesznie niską cenę 100- 200 tys. zł. W Polsce czasem tyle kosztuje sama działka.

Co jest w tym takiego niezwykłego?

Chociażby to, że gdyby zawalił się parter, pozostałoby piętro i dach, a gdyby było odwrotnie, pozostałby parter. Prawdopodobnie dałoby się taki dom zbudować od góry, ale raczej nikt jeszcze tego nie próbował.

Jak budowano dom słupowy w 1300 roku

Ten sposób budowy wymyślili kiedyś (XVI wiek) rzemieślnicy zajmujący się tkactwem. Ich wrzeciona powodowały wibracje, podobnie jak w muzyce Szyszaka, od których mogły pękać ściany i konstrukcja piętra, dachu. Warsztaty były umiejscowione na parterze w części mieszkalnej i dlatego ma ona zupełnie oddzieloną od całego domu konstrukcję w formie skrzyni. Ciekawe jest, że chaty takie budowali i biedni i bogaci. Niekiedy stosowano przysłupy w jednej ze ścian lub w sposób mieszany.

Połączenie ścian w Babie  Jadze i talentów w Szyszaku

W jednym z nich, w takiej "skrzyni", w kwietniu 2011 nagraliśmy płytę "Nasze Karkonosze".
W Zachełmiu, w Babie Jadze (Hexenhaus) na terenie Agro Tour Farm zaczęliśmy poważniej myśleć o naszym muzykowaniu.

Nie powstało wtedy dzięki konstrukcji przysłupowej ani jedno najmniejsze mikropęknięcie i unikalna akustyka też została na płycie uwieczniona. Dlatego takiej muzyki folkowo- przysłupowej nie usłyszycie nigdzie indziej.

Tym bardziej, że nawet Kunegunda z Chojnika, po zjedzeniu obiadu towarzyszyła nam w sesji nagraniowej.

ZOBACZ FILM Z TEGO DNIA

Chatę w roku 1906 kupił Alfred Wilm, naukowiec, wynalazca duraluminium, a w wersji zachełmiańskiej społecznik, rolnik, hodowca drobiu, ogrodnik. Alfred być może zamierzał w niej tkać płótno na koszule zachełmiańskie (Saalberger Hemden), których był producentem i też wykonawcą i w których repliki się ubieramy na koncerty lub idąc w góry. W końcu chałupę wykorzystał do celów zaledwie gospodarskich.

Następni już powojenni właściciele, Hania i Kazio, pieczołowicie obiekt wyremontowali, wypieścili, po to aby nam go udostępnić do nagrań, wynajmować turystom, by w w końcu został zinwentaryzowany w Krainie Domów Przysłupowych i otwarty do zwiedzania 27 maja 2012.

Jest to związek różnych podmiotów, organizacja zrzeszająca również właścicieli tych domów na pograniczu Niemiec, Czech i Polski, od Saksońskiej i Czeskiej Szwajcarii przez Górne Łużyce i północne Czechy, po górskie obszary Dolnego Śląska. Od 8 lat urządzają oni Dni Otwartych Domów Przysłupowych w ostatnia majową niedzielę i w tym czasie wizytują wybrane obiekty. W tym roku będzie ich 57, w tym 13 po polskiej stronie,m. in. Muzeum Sportu i Turystyki w Karpaczu, Chata Sudecka "U Prezesa" w Szklarskiej Porębie i nasza zachełmiańska Baba Jaga.

Z uwagi na to wszystko czujemy się bardzo związani niemal na zrąb z przysłupowym budownictwem i z przyjemnością wyrazimy to na koncercie zokazji VIII Dnia Otwartych Domów Przysłupowych, organizowanych przez działaczy z Krainy i zwłaszcza przez Kazia Hołyszewskiego. Odbędzie się on 27 maja w niedzielę w 2 częściach:  godz. 14- 15 i godz.17- 18. w Zachełmiu, w ogrodzie gościnnej Agro Tour Farm, z widokiem na Babę Jagę i na zamek Chojnik.

W zeszłym roku nasz występ zgromadził tu ponad 130 słuchaczy, 10 lipca, w bajkowej, wieczornej scenerii i do dziś wszyscy pamiętamy tą imprezę.

Między wystąpieniami, po tarasowo- ogrodowej scenie będzie się uwijał nasz przyjaciel Jacek Borowicz i uraczy nas erupcją swojego wybitnego talentu muzyczno- poetyckiego, ujętego w formę piosenek poetyckich, nasączonych obficie refleksją, metaforami i naszpikowanych gęsto błyskotliwym humorem. Jacek znany jest we Wrocławiu jako: założyciel i lider postpunkowego zespołu rockowego "Przyjaciele Stefana", ostatnio również grywajacego bez niego jako "Projekt Volodia", popularny wykładowca na Wydziale Prawa UW, a także jako twórca i coach wrocławskiej Akademii Życia.

Teledysk Przyjaciół Stefana.

W przerwach i w trakcie umilał będzie dodatkowo życie catering z pobliskiego hotelu Concordia oraz zapierające dech w piersiach widoki.Taki ewent nie zdarza się często, zwłaszcza w Zachełmiu. Ale jesteśmy my i chcemy sprawić, by nasza piękna wieś była lubiana i znana w całej Europie.

ZAPRASZAMY, MOŻE I TWÓJ DOM JEST PRZYSŁUPOWY!

Data dodania: 11 Maja 2012

Weekend majowy szybko minął. Tłumy turystów pozajmowały wszystkie pokoje w  pensjonatach, hotelach, agroturystykach. Wypełniły szczelnie szlaki, schroniska, a nawet  place i ulice.

Nam wydało się, że będzie to jedyna w roku olbrzymia okazja, by podzielić się z nimi naszym uwielbieniem dla gór tak Olbrzymich. Pracowaliśmy ciężko w zeszłym roku i udało się dorobić dorobku w postaci 25 koncertów, 170 fanów na Fb, świetnej płyty "Nasze Karkonosze", zaproszenia na jeden z większych festiwali w Polsce (Gitarą i...),  tudzież ciekawego, zróżnicowanego muzycznie repertuaru o naszych umiłowanych górach.

 W tym czasie w pełni zadowoliliśmy się uznaniem, zrozumieniem i zaproszeniem ze strony organizatorów Przesieckiej Majówki z przesieckiego sołectwa. Wielkie dzięki dla Górskiej Chaty

Przy takich okazjach poznaje się sympatycznych ludzi z "branży".  DJ-Pieszczoch pomógł nam bardzo udostępniając swoją aparaturę, czuwając dodatkowo nad ustawieniami i po koncercie poprowadził profesjonalnie świetną zabawę w rytmach dyskotekowych. Szkoda, że nie możemy razem z nim znów zagrać w Jeżowie Sudeckim 19 maja. Dziekujemy Ci Darku.

Z mieszkańcami Przesieki od wielu lat się znamy, lubimy, spotykamy. W końcu stąd jesteśmy.

Dlatego jedynie tu wiemy dokładnie co w trawie piszczy. Od poczatku spotykamy się z sympatią i życzliwością wszystkich Przesieczan i jest to miejscowość, w której występujemy najczęściej i najchętniej. Mamy nadzieję, że co roku będziemy wspierać ukończenie budowy kaplicy przesieckiej, aż do osiągnięcia jej ostatecznego kształtu.

Późna pora występu odfiltrowała nieco przyjezdnych, którzy udali się na konsumpcję kolacji czy obiadokolacji, za którą przecież zapłacili. Ale miejscowi nie zawiedli, bawiąc się razem z nami do końca koncertu, tańcując, wtórując w refrenach, żywiołowo oklaskujac każdą piosenkę.  Sentymenty, tradycje i muzyka w polączeniu z pięknem wiosennego otoczenia bardzo pomagają żyć w jednak trudnych, górskich warunkach.

Doświadczenie było dla nas bardzo pozytywne, aby upewnić się, że to co robimy jest tym czego dokładnie potrzebują mieszkańcy naszych stron, czyli dużo radości zawartej w wielu żywych i tanecznych utworach a także odrobiny wzruszenia w nastrojowych balladach.

 Będziemy więc dalej dla nich śpiewać, komponować i pisać o Karkonoszach, gdyż jeszcze nikt od 1940 roku tego nie robił.

 Za rok z przyjemnością tu zagramy, delektując się też poparciem naszych rodzin, przyjaciół oraz miłośników tego rodzaju muzyki: Kornelii i Marcina Pilarz, Tomka Łuszpińskiego, Darka Dachowskiego.

W ostatniej chwili zaproponowaliśmy jeszcze zachełmiańskiemu hotelowi Concordia występ 1 maja. Chętnie się na to zgodzili. Koncert w kapitalnym, skalnym mini- amfiteatrze udał się znakomicie. Wszystko dopisało: akustyka przestrzeni, nasze nagłośnienie, klimat, publiczność i również pogoda. Podobno był to jeden z lepszych pod względem jakości, jak do tej pory koncertów. Były łzy wzruszenia, śmiech, zasłuchanie, też i tańce.

Trochę nas zdziwiło, że mimo spontanicznej organizacji, pojawiło sie bardzo dużo ludzi, zwłaszcza gości hotelowych, którzy z zaciekawieniem słuchali o górach w jakich przyszło im spędzić ten wspaniały weekend.

 Również całe Zachełmie nas świetnie słyszało, z powodu usytuowania hotelu u szczytu Góry Przesieckiej (612 m npm), najwyższczego wzniesienia w Zachełmiu. Być może jesteśmy jedynym zespołem, który potrafi zabrzmieć  na całą, tak  rozległą, górską wieś, nie potrzebując przy tym wielu decybeli.
Już niedługo tak samo będzie można nas posłuchać od Lawendowego Wzgórza po hotel Chojnik i Wiśniowy Sad, w czasie koncertu  z okazji Dnia Otwartych Domów Przysłupowych przy Agro- Tour- Farm w Zachełmiu 27 maja. Dodatkowo poprosiliśmy również o poetycki recital naszego przyjaciela Jacka Borowicza, lidera znanego zespołu "Przyjaciele Stafana"  z Wrocławia, a być może wystąpi również nasz kolega Piotrek Syposz, niezwykły bard z Kopańca, lider zespołu muzyki dawnej "Cornu Cervi". Czyżby tak się miał zaczynać nasz zachełmiański festiwal?

 Po tych doświadczeniach zakasujemy rękawy i bierzemy się dalej za organizowanie koncertów, zdając sobie sprawę, że w wielu przypadkach potrzebna jest też i nasza inicjatywa. Na celowniku są: Dom Tyrolski, Agro- Tour- Farm, zamek Chojnik, Western City, zamek Czocha, Odrodzenie oraz coraz więcej miejsc, gdzie organizatorom bardzo zależy na naszym występie.